NIE JEST WAŻNY ŻEL NA GŁOWIE

 

Rozmowa z Jackiem Kaimem, skarbnikiem Garbarni

 

 

Jacek Kaim, członek Zarządu RKS Garbarnia Kraków, niegdyś świetny bramkarz Brązowych, który przygodę z seniorską piłką w Garbarni w sensie wyczynowego jej uprawiana zakończył w pamiętnym na Ludwinowie sezonie 1988/89, zakończonym meczami barażowymi o II Ligę z Bałtykiem Gdynia. W czasie meczu wyjazdowego  z Tarnovią  odniósł kontuzję barku i pomimo iż po dłuższej  przerwie na jej wyleczenie kontynuował jeszcze karierę  bramkarską, to jednak w klubach będących już na niższych szczeblach piłkarskiej drabinki.
Jako działacz związany z Garbarnią Kraków, obecnie jest skarbnikiem Klubu i to jemu, jako człowiekowi patrzącemu przez pryzmat ekonomii i, jak sam zwykł mówić o sobie „twardo stąpającemu po ziemi” postanowiłem zadać kilka pytań, aby przybliżyć sympatykom Garbarni obecną sytuację Klubu i perspektywę na  najbliższą przyszłość.

 



Artur Bochenek: Stanowisko Zarządu Klubu zmieniło się w tym sezonie radykalnie odnośnie awansu pierwszej drużyny do II Ligi. Jakie są przesłanki, aby patrzeć w przyszłość z optymizmem, skoro wiadomo, że aby spełnić wymogi licencyjne Klub potrzebuje głębokich zmian, wymagających nakładów finansowych?


Jacek Kaim: Pierwszą podstawową przesłanką, aby o coś w tym sezonie walczyć jest moim zdaniem, jak i zdaniem Zarządu, końcówka naszych starań dotyczących zagospodarowania terenów Klubu. To jest podstawa w ogóle tematu. Ja jako członek Zarządu z bardzo długim stażem wiem doskonale, ile to wymagało zabiegów, troski, aby ten cały temat zakończyć, a według mojej wiedzy i mojego przekonania jest on bardzo bliski finału. Podstawą jest wydanie nam prze Miasto decyzji o warunkach zagospodarowania terenu, gdyż bez niej doprowadzenie do końca  naszych rozmów z inwestorami nie jest możliwe.
Jeśli to nastąpi, wtedy będzie podstawa ku temu, aby myśleć właśnie kategoriami tego typu: awansować, grać wyżej, gdyż wtedy będą środki na tego typu rzeczy. Niestety bez tych środków, chodząc realnie po ziemi, co ja próbuję  robić, nie byliśmy w stanie pewnych rzeczy realizować. 
Zresztą  cały czas stoję na stanowisku, że w pierwszej kolejności potrzebna nam jest tak zwana podwalina, czyli baza. Jak wybudujemy bazę, której nie będziemy się musieli wstydzić i która zapewni nam odpowiedni komfort, wtedy możemy iść sportowo w górę.
Następnym aspektem jest przypadający na przyszły rok okrągły Jubileusz 90-Lecia Klubu. Oczywiście, cały czas w powiązaniu z tematem o którym mówiłem wcześniej. Każdy szanujący się klub chciałby się przy takiej okazji pokazać i taki awans byłby olbrzymim sukcesem, zaszczytem i dowodem na to, że przy takiej okazji potrafiliśmy coś zrobić.
 


- Oponenci obecnego Zarządu Garbarni zarzucają mu brak zdecydowanego działania a wręcz bezczynność.  Czy mógłby Pan opowiedzieć o bieżących działaniach Klubu a także przybliżyć zewnętrzne czynniki mające wpływ na takie a nie inne tempo biegu spraw związanych z własnością terenów Garbarni?

- Cały czas, a podkreślam to na każdym kroku, drzwi  do biura Garbarni  są zawsze otwarte, do członków Zarządu również. Jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości czy pytania, to nic nie stoi na przeszkodzie aby po prostu przyszedł do nas i w sprawach nurtujących kibiców czy sympatyków uzyskał odpowiedź na miejscu. Ja osobiście jestem gotów wyjaśnić takie sprawy każdemu zainteresowanemu losami Garbarni.
Wszyscy powinni sobie zdawać sprawę, że przez te ostatnie lata Klub utrzymuje się przede wszystkim z wynajmu terenów i budynków, które tutaj mamy. Są to określone pieniądze, chociaż tutaj też się nie przelewa.  W związku z ciągłym poszukiwaniem środków na bieżącą działalność podjęliśmy decyzję o dalszym zagospodarowaniu tego terenu w sposób przynoszący kolejne wpływy na bieżącą działalność sportową. Nakładem niemałych środków  własnych zaadoptowaliśmy teren przy klubie na miejsca postojowe i w wyniku intensywnych działań udało się nam znaleźć kontrahenta na dzierżawę gotowych już parkingów. Przedsięwzięcie funkcjonuje od zeszłego tygodnia, a środki pozyskane przez Garbarnię w ten sposób zasilą budżet Klubu.
Każda złotówka jest w Klubie  bardzo dokładnie oglądana, zarówno w momencie wpływu do kasy, jak również, a może nawet bardziej, kiedy mamy ją na coś wydać.  Wszystkie pozyskane środki są przez nas wykorzystywane na sport.
Natomiast odnośnie opinii o bezczynności Zarządu. To nie jest tak, że  my tutaj siedzimy z założonymi rękami. Tak jak sięgam pamięcią, czy to było za kadencji prezesa Gigonia, czy też prezesa Bąbasia, Garbarnia przez cały czas poszukuje możliwości wykorzystania potencjału tych dziewięciu hektarów i cały czas prowadzone są rozmowy. Temat, że nam się to nie udawało jest bardzo złożony. Głównym problemem stojącym na przeszkodzie szybkiej realizacji planów były tzw. zaszłości, które ciążyły na tym terenie. Długotrwała procedura sądowa, która dobiega w tej chwili końca uniemożliwiała nam przeprowadzenie jakichkolwiek działań związanych z jego zagospodarowaniem. Natomiast na chwilę obecną, po wieloletnich staraniach udało nam się doprowadzić do sytuacji, że w zasadzie mamy punkt zero. Oznacza to, ze mamy wyjaśnione wszelkie tematy związane z własnością tych gruntów. To jest nasz ogromny sukces i jeżeli niektórym ten okres wydawał się zbyt długi, to nie było w tym winy ani opieszałości z naszej strony, natomiast wynikało z długotrwałych procedur w sądach i urzędach. Ani ja, ani żaden z członków Zarządu nie jest w żadnym wypadku „hamulcowym”, wszyscy przecież chcemy aby powstał nowy stadion, aby Garbarnia grała wyżej i wszyscy byśmy się cieszyli z takiego stanu rzeczy, niestety nie wszystko zależy od nas.
 


- Podkreśla Pan na każdym kroku że jest Pan realistą i jako skarbnik Garbarni patrzy Pan na sprawy klubu przez pryzmat pieniędzy. Jednakże był taki moment, w którym udowodnił Pan, że jeśli chodzi o Garbarnię, to są także rzeczy ważniejsze lub tak samo ważne jak pieniądze. Chodzi mi o pierwszy mecz barażowy z Kolejarzem Stróże, rozegrany w 2005 roku na naszym stadionie. Otóż już po pierwszym gwizdku arbitra w kolejce do kasy przed bramą stadionu stała spora, około kilkudziesięcioosobowa grupa ludzi. Nie będę ukrywał, że byłem wśród nich. Natomiast Pan wyszedł wtedy przed klub i nakazał otwarcie bramy i wpuszczenie tych ludzi już bez konieczności płacenia za bilety, umożliwiając kibicom wejście na stadion i oglądanie zawodów od początku. W analogicznej sytuacji, kiedy w 2009 roku w barażach o II Ligę grał Hutnik, około 200 kibiców w Nowej Hucie dotarło na stadion dopiero na drugą połowę właśnie z powodu kolejek pod kasą. Gdy podzieliłem się na Forum Hutnika swoimi wspomnieniami z meczu barażowego Garbarni, jeden z użytkowników bardzo trafnie napisał, że aby podjąć taką decyzję jak Pan to zrobił, „trzeba mieć po prostu jaja”. Dlaczego ją Pan wtedy podjął?

-Zanim odpowiem na to pytanie, powiem jeszcze o jednej rzeczy. Ponieważ  przez ostatnie lata odpowiadam w Garbarni za zabezpieczenie i organizację meczów, doskonale zdaję sobie sprawę jakim Garbarnia robi to wysiłkiem. Muszę podkreślić, że organizacja jakiegokolwiek spotkania na własnym stadionie i każdorazowe spełnienie wymogów licencyjnych to średnio wydatek rzędu 1 800 zł. To są koszty ochrony, delegacje sędziowskie, obserwator. Natomiast jeżeli dzisiejsze wpływy z biletów, przy obecnym stanie liczebnym widowni,  wynoszą około 250-300 złotych, to po prostu aż mną szarpie.  Gdyby ten kibic na Garbarnię przyszedł w większej ilości, na przykład  400, 500 osób i gdyby bilans wpływów i wydatków z meczu równoważył się wzajemnie, to pieniądze wydane na organizację spotkania mógłbym przeznaczyć na inne cele.
A wracając do pytania. Kiedy na takie święto, jak mecz z Kolejarzem przyszło trzy – cztery tysiące ludzi, to po prostu pobudza wyobraźnię. Ta decyzja została podjęta po to, aby ci ludzie mogli oglądać to spotkanie od początku. Już nie patrzyłem na tematy związane z kasą, bo po prostu serce się cieszyło, że tysiące ludzi przyszło oglądać Garbarnię. W tym konkretnym przypadku ta kasa nie była najważniejsza.
 

 

 

- Podczas wyjazdowego meczu z Przebojem Wolbrom zastąpił Pan na ławce rezerwowych kierownika drużyny Wiesława Kowalczyka. Jakie to uczucie powrócić do klimatu szatni i właśnie ławki rezerwowych w meczu ligowym po tylu latach?

- To znaczy jest to dla mnie olbrzymi stres i nie ukrywam, a zawsze to podkreślam, że ja na przykład nie mógłbym być trenerem, dlatego próbuję się realizować w innym zakresie pracując dla Klubu w inny sposób. Jestem raptusem i bardzo się denerwuję. Powiem szczerze że mnie to cieszy, jeżeli mogę sobie pojechać na mecz z zawodnikami i uczestniczyć w „życiu szatni”, zagrać w drodze powrotnej w karty, pośmiać się - bo przypominam sobie swoje zawodnicze czasy. Niemniej jednak bardzo przeżywam emocjonalnie takie rzeczy. Zresztą kibice mają okazję zaobserwować, że jestem czasem na 20-30 minutach spotkania ligowego i wychodzę, a jest to spowodowane właśnie emocjami. Szczególnie dotyczyło to spotkań w poprzednim sezonie, kiedy tak bardzo się denerwowałem, bo przecież emocji wiosną było sporo. A jesienią także poziom gry  nie był dla mnie satysfakcjonujący.
W obecnym sezonie obserwując zespół Garbarni mogę powiedzieć, że można z przyjemnością popatrzeć na grę tej drużyny. Nie mówię tego tylko dlatego, że Garbarnia wygrywa. Czy tak będzie zawsze, nie potrafię powiedzieć, ale cieszy, że zawodnicy potrafią wymienić parę podań, skonstruować szybką akcję, a ich gra wygląda dobrze.
 

 

 

- Pan jako zawodnik zawsze był w grupie liderów drużyny i bronił Pan interesów zawodników w kontaktach z działaczami. Jak Pan patrzy na te relacje dziś, będąc – mówiąc w dużym uproszczeniu – po „drugiej stronie barykady”?

- Oczywiście trzeba zacząć od tego, że obecna rzeczywistość to zupełnie inny czas. W latach mojej zawodniczej kariery wyglądało to zupełnie inaczej. Myśmy mieli podstawę do tego, żeby spokojnie, normalnie żyć. Tutaj nie ma co ukrywać, że byliśmy zatrudnieni w zakładach pracy, w których mieliśmy etaty. Nie musieliśmy walczyć o przysłowiową bułkę z mlekiem, mieliśmy dochody gwarantujące nam spokojny byt. Dzisiaj to wszystko się pozmieniało. Chcę powiedzieć jedną rzecz, i zawsze podkreślam to na każdym kroku: od lat w Garbarni jest tak, a ja mam nadzieję że tak pozostanie już zawsze, że zawodnicy nie mogą gry na tym poziomie traktować jako głównego źródła utrzymania. Na tym poziomie można tylko i wyłącznie „dorobić”. Taka zasada obowiązuje w  naszym klubie od czasów prezesa Józefa Nowaka, a ja osobiście będę się jej trzymał jak mantry. U nas można się pokazać, można się wybić, można się „sprzedać”, można zarabiać pieniądze, natomiast nie można tego traktować jako podstawowego źródła dochodów.
Natomiast co do tej „drugiej strony barykady” nie ukrywam, że jest mi bardzo ciężko, ponieważ doskonale pamiętam swoje rozmowy z działaczami, jak to się wszystko odbywało jeśli chodziło o nasze ówczesne problemy. Myśmy mieli bardzo często problemy z wypłatami premii i głównie tego dotyczyły moje i innych piłkarzy spory na styku z ówczesnymi działaczami. Jeśli chodzi o dzisiejsze sytuacje, kiedy znalazłem się po drugiej stronie stołu, mam w pamięci swoje czasy zawodnicze i doskonale rozumiem tych chłopaków, którzy u nas grają i z jakimi problemami się borykają. Każdy normalnie myślący człowiek chce zarobić jak najwięcej, jednak z drugiej strony ja mogę dać tylko tyle ile mam. Dlatego mogę powiedzieć o tym, co jest w Garbarni od paru lat: nie obiecujemy gruszek na wierzbie. To na co nas stać, jest po prostu dokładnie analizowane, a robimy to po to, aby być wiarygodnym partnerem w stosunku do tych młodych ludzi. Nie wyobrażam sobie, co powiedziałem już zresztą zawodnikom, żebym ja po prostu ich okłamywał. Będę mówił – i tu patrzę z własnej perspektywy – tylko i wyłącznie prawdę. Bo ta prawda, nieraz najgorsza, zawsze jest po prostu uczciwa. Jest to kwestia uczciwego podejścia do tematu. Nigdy nie obiecam zawodnikom pieniędzy, jeżeli ich nie będzie w kasie. Liczenie na to, że może coś załatwię, albo że będę miał lub machnięcie ręką na zasadzie „a może się uda” nie jest w moim stylu. Po prostu wychodzę z założenia, że to co mam, to rozdzielę i tymi kategoriami się kieruję.
 

 

 

- A czy uważa Pan, że taka sytuacja jaka się w obecnym sezonie w Garbarni wytworzyła, chodzi mi o znaczne poszerzenie kadry i większą konkurencję w składzie, jest korzystna dla klubu? W zeszłym sezonie była to kadra mniej liczebna i nietrudno było przewidzieć skład wyjściowej jedenastki, natomiast trudniej było zastąpić zawodnika wypadającego z niej równie dobrym dublerem. Teraz mamy do czynienia z bogactwem tego składu.

- Zawsze rywalizacja prowadziła do tego, że wzrasta poziom i ja tutaj prochu nie wymyślę. Sytuacja która w tej chwili jest w Garbarni może tylko i wyłącznie przynieść korzyści. Szeroka kadra na pewno przyniesie nam pozytywne efekty. Oczywiście rywalizacja powoduje wzrost adrenaliny u zawodników, a u niektórych może wzbudzić i niewątpliwie wzbudza niezadowolenie z tego powodu, że nie występują w pierwszym składzie tak często jak kiedyś.
Temat ten dzisiaj determinuje także sprawa młodzieżowców, których musi występować na boisku trzech, a przecież znacznie obniżono wiek zawodnika, którego można traktować jako młodzieżowca. Nie jest moją rolą ocenianie decyzji ludzi decydujących o takim ukształtowaniu tego tematu i to akurat tylko w trzeciej lidze, my jako klub musimy zastosować się do obowiązujących przepisów.
W Garbarni od kilku lat staramy się bazować na własnych wychowankach. Wszystkie zespoły  młodzieżowe, zarówno juniorskie jak i trampkarskie występują na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Małopolskich Ligach. Są to również i koszty, bowiem środki z grantów z Miasta nie zapewniają całkowitego utrzymania tych zespołów. Jednakże mimo tego, a także biorąc pod uwagę skromną bazę, którą obecnie posiadamy, staramy się utrzymać taki stan rzeczy. Między innymi po to, aby ta młodzież zasilała szeregi pierwszej  drużyny. Zresztą są tego namacalne dowody, tu można wymienić nazwiska takie jak Swaryczewski, Haxhijaj, Jamka, Cebula, Stokłosa a jeszcze wcześniej Kuźma czy inni, których nazwisk w tej chwili nie jestem w stanie przytoczyć z pamięci. Stawiamy po prostu na swoich ludzi. Przecież Marcin i Mateusz Siedlarzowie, mimo że są to nabytki z zewnątrz, pierwsze piłkarskie kroki stawiali właśnie w Garbarni.
Wracając do wątku rywalizacji, jest to tak że tutaj słaba kość pęka. Tak będzie się działo, jeśli młodzi ludzie nie zrozumieją jednej podstawowej rzeczy:  że o siebie trzeba walczyć. Nie wolno się poddać, nie warto też  rozmieniać się na drobne. Nieraz warto na chwilę z czegoś zrezygnować, zacisnąć zęby i spróbować się przebić, natomiast poddanie się bez walki oznacza degradację. Co to za rozwój, jak zawodnik, nie mieszczący się na chwilę obecną w pierwszym składzie, unoszący się źle rozumianą ambicją idzie grać do A klasy i zostaje tam już na całe piłkarskie życie? Co to za rozwój? Tym chłopakom musi się ta klepka przestawić, bo tu trzeba pokazać na boisku że jestem lepszy i że zasługuję na miejsce w składzie. Zresztą przejście z piłki juniorskiej do seniorów nie jest sprawą łatwą, tak naprawdę tylko jednostki się przebijają. A przecież nie dotyczy to tylko Garbarni i tylko naszej klasy rozgrywkowej, tak się dzieje czy to będzie ekstraklasa, czy czwarta liga.
 

 

 

- Dla mnie potwierdzeniem Pańskich słów jest postawa Krzyśka Kalemby, który po kontuzji został odsunięty do drugiej drużyny i przez jakiś czas nie mógł się odnaleźć. Piłkarz zacisnął zęby, ostro trenował i powrócił do pierwszego składu w świetnym stylu. Tak świetnym, że kibice wybrali go Najlepszym Zawodnikiem Wiosny w Garbarni.

-Powiem nieskromnie, ze dołożyłem cegiełkę do tego, aby Krzysiek w klubie został. Rozmawiałem z nim przekonując go właśnie argumentami o których przed chwileczką powiedziałem: pokaż, przekonaj, a na pewno wszystko będzie dobrze. Zacisnął zęby, widać że „ma jaja” i to wszystko przyniosło efekty. W piłkarskiej karierze są sytuacje, że bywa różnie. Górki, dołki, nie wszystko się podoba – ale trzeba przeciwności losu przezwyciężać. Ludzie o silnym charakterze potrafią to robić, inni którzy go nie mają odpadają.
 

 

 

- Tak też jest w każdej dziedzinie życia, tylko że w sporcie efekty są najbardziej widoczne. Zarówno pozytywne jak i negatywne.

- Tak, tylko mnie na przykład bolą niektóre sytuacje, które mają miejsce. Byli w Garbarni zawodnicy, nazwisk nie będę tutaj wymieniał, którzy naszym zdaniem – mówię o sztabie szkoleniowym i działaczach, ludziach którzy w sporcie są po trzydzieści i więcej lat - mieli przed sobą duże perspektywy.  Cieszyliśmy się z tego, że mamy takich utalentowanych piłkarzy i że Garbarnia będzie maiła z nich pożytek. Co się okazało? Że nie jest ważny żel na głowie, tylko to co się ma w głowie. Ich niepoważne podejście do tematu spowodowało, że grają dziś w dużo niższych od Garbarni ligach. Ja też oczywiście staram się ich zrozumieć, że w dzisiejszych czasach finanse to jest podstawa egzystencji, ale w niektórych przypadkach – i to jest moje podejście – trzeba z niektórych rzeczy zrezygnować, nawet z tego pieniądza. Po to, aby w jakiejś perspektywie się wybić. Trzeba mieć w sobie to coś, aby dążyć do rozwoju własnego talentu. Bo takie działania, jakie ci ludzie podjęli, zakończyły się ich degradacją i zmarnowaniem talentu na poziomie chałtury piłkarskiej. Oprócz tego nie da się pogodzić gry na wyższym poziomie z piłką halową, na coś trzeba postawić. Wtedy to może przynieść efekt. Przypadek Puszczy Niepołomice , kiedy zawodnicy tacy jak Kusia czy Dąbrowski godzili grę w trzeciej lidze z grą w hali, to przypadek dwóch zawodników, natomiast w  większości przypadków tych rzeczy naprawdę pogodzić się nie da. Zresztą w tym też duchu poszła zmiana przepisów PZPN w tej materii, gdzie zawodnik musi wybrać, czy chce grać na trawie czy też w hali i ja osobiście uważam to za dobre rozwiązanie.
 

 

 

- Panie Jacku, nie mogę powstrzymać się o pytanie o rodzinę. Pan, były zawodnik, obecnie działacz. Żona, była lekkoatletka, obecnie nauczycielka wf. Starszy syn Patryk godzi studia z grą w drugim zespole Garbarni. Młodszy, Michał – kibic, pasjonat naszego klubu. Widać, ze sport przewija się w Pańskim życiu nieustannie. Jak dużą rolę w nim odegrał?

- Mój dom był zawsze przesiąknięty sportem. Wujek był znanym krakowskim i polskim bokserem, więc temat sportu przewijał się w rodzinie stale. Z żoną poznaliśmy się zupełnie przypadkowo na obozie sportowym, więc też dzięki sportowi. Poza tym mój ojciec działał w strukturach Garbarni i to on zaszczepił we mnie tego bakcyla, którego ode mnie przejmują synowie.
Z czasów zawodniczych do dnia dzisiejszego pozostały mi kontakty i przyjaźnie z ludźmi, do których można się zwrócić w całkiem teraz przyziemnych, codziennych sprawach i jeszcze nie zdarzyło mi się, aby ktoś odmówił.
W domu czasami nie mówi się o niczym innym niż o sporcie i nie da się ukryć, że ten sport ma bardzo duży wpływ na ukształtowanie mojej rodziny od kilku pokoleń.
 

 

 

- W czasie kariery zawodniczej był Pan związany tylko z Garbarnią?

- Najlepszy okres mojej kariery przypadł na Garbarnię, w której grałem w pierwszej drużynie w latach osiemdziesiątych. Służbę wojskową odbyłem w Lubliniance. Miałem też propozycję gry w drugoligowym wówczas AKS  – ie Niwka, spędziłem tam nawet cztery miesiące, ale Garbarnia nie była zainteresowana wytransferowaniem mnie do innego klubu. W pewnym momencie, bodajże w 1987 roku pojawił się temat przejścia do krakowskiej Wisły, niestety po prostu zabrakło mi wzrostu. Taka opcja, pomimo poziomu sportowego, który w tym czasie jakiś tam prezentowałem, sprawiła, że nic nie wyszło z tego transferu. Ludzie szukający do Wisły nowego bramkarza przywiązywali dużą wagę do tego aspektu.
Natomiast po odniesionej kontuzji i konsultacjach w Warszawie z doktorem Moskwą, który zresztą znał mojego ojca i wujka (doktor Moskwa był lekarzem bokserów za czasów trenera Feliksa Stamma), nie było już mowy nie tylko o transferze do wyższej ligi, ale musiałem zrezygnować nawet z gry na trzecioligowym poziomie. Oczywiście, że nie było to szczytem moich marzeń, natomiast nie wyobrażałem sobie całkowitego „zawieszenia butów na kołku”, dlatego też broniłem w niższych klasach. Ta można powiedzieć „zabawa” w piłkę dawała mi radość i satysfakcję, że coś jeszcze mogę robić, że mogę jeszcze komuś pomóc. Moimi klubami były więc jeszcze Watra Białka Tatrzańska, Wisła Rząska i Podgórze Kraków (pod trenerskim okiem śp. Staszka Goneta). Całkowicie zakończyłem przygodę z piłką seniorską w wieku 36 lat. Natomiast jak już wcześniej wspomniałem ta przygoda sprawiała mi dużo radości, tym bardziej że napotykałem w każdym z tych klubów ludzi życzliwie podchodzących do tematu.
 

 


- Ta radość była także widoczna podczas spotkań w Halowej Lidze Oldbojów, gdzie dane było Panu występować w bramce Garbarni. Mimo, że warunki fizyczne pogorszyły się od czasów pańskiej zawodniczej kariery - zresztą tak jak i u mnie gdzieniegdzie sporo przybyło – to jednak umiejętności zostały. Ale najbardziej widoczna była radość z możliwości spotkania się na boisku z dawnymi kolegami.

-Ano właśnie, biorąc pod uwagę, że jak uprawiałem sport wyczynowo, ważyłem 70 kg, a niestety teraz tak się złożyło, że ta waga oscyluje w granicach 105 kg – niestety choćby głowa chciała, choćby dusza chciała, to jednak ten organizm odmawia tego posłuszeństwa i odporności, którą miał dawniej. Mówiąc poważniej, przy takim obciążeniu a co za tym idzie zagrożeniu urazem już raczej nie powinienem wkładać bramkarskich rękawic. Ale gra w oldbojach sprawia olbrzymią radość, jest to w jakimś sensie przedłużenie znajomości, koleżeństwa z tymi ludźmi. Możliwość spotkania, porozmawiania z nimi. Niestety drużyna oldbojów naszego klubu już nie istnieje, nasze pokolenie nie podołało a młodzież (mówię młodzież o zawodnikach powyżej 35 roku życia - śmiech) raczej się do tego nie garnie. Nie było sensu kontynuowania tej zabawy, gdyż zbieraliśmy się w niekompletnym składzie, średnia wieku naszego zespołu wynosiła około 50 lat, więc trudno było grać przeciwko zawodnikom 36 – letnim, którzy znajdują się w przeciwnych drużynach – każde szaleństwo ma swoje granice.
 

 


- Kończąc naszą rozmowę chciałbym Pana zapytać o to, czy Garbarnia jest w stanie przyciągnąć na swoje mecze większą liczbę widzów niż obecnie? Czy nie jest tak, że krakowski „rynek” w sensie kibiców został już podzielony pomiędzy Cracovię i Wisłę?

- Powiem w ten sposób: cały czas uważam i podkreślam to na każdym kroku, bo to mi podpowiada doświadczenie z lat poprzednich. Kibica na trybunę przyciągnie wynik. Jeżeli więc ta drużyna będzie grała i wygrywała, ci ludzie na trybuny przyjdą. Oczywiście, mamy warunki takie a nie inne, nie jest to komfort pod wieloma względami, dlatego też w chwili obecnej przychodzą kibice starsi, przywiązani od pokoleń do Garbarni. Kibica nowego przyciągnie przede wszystkim wynik.
Oprócz tego baza. Jeżeli ją zrobimy, to każdy będzie chciał zobaczyć, każdy będzie chciał po prostu przyjść. Jeżeli ta baza będzie na miarę naszych oczekiwań, to ci kibice na Garbarnię przyjdą. Nowoczesna baza w postaci funkcjonalnego stadionu sprawi, że będziemy mogli uruchomić wiele innych atrakcji, aby tego kibica zachęcić do wizyty u nas, ale bez wyniku i bez odpowiedniej bazy nie ma co liczyć na tłumy na widowni.
 

 

 

- W latach osiemdziesiątych graliśmy z Cracovią na jednym szczeblu rozgrywek, w trzeciej lidze. Wielokrotnie wygrywaliśmy derby, a Pan był jednym z bohaterów tamtych meczów. Frekwencja na trybunach na Cracovii i na stadionie Korony, gdzie swe mecze rozgrywała Garbarnia była porównywalna. Co, Pana zdaniem, sprawiło, że dziś pomiędzy Garbarnią a Cracovią jest taka przepaść, zarówno organizacyjna, jak i sportowa?

- Ten temat jest bardzo złożony i trudno byłoby odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Po pierwsze Garbarnia zawsze była w Krakowie klubem numer trzy. W czasach PRL-u doszedł jeszcze Hutnik, mający mocne oparcie w Kombinacie. W tym czasie Garbarnia była traktowana „po macoszemu” a władze nie liczyły się  z losami naszego klubu. Wysadzenie stadionu w 1973 roku było największą i najbardziej niezrozumiałą decyzją rządzących w Krakowie ludzi. Z perspektywy czasu nic nie stało na przeszkodzie, aby budowę hotelu „Forum”  rozpocząć w innym miejscu.
Po drugie, lata tułaczki, kiedy przez prawie dwie dekady Garbarnia nie miała własnego stadionu. Trudno było w tym czasie podejmować jakiekolwiek decyzje dotyczące inwestycji czy też planów na przyszłość.
Po trzecie, różnica w formie własności. Stadion Cracovii jest, tak jak i Wisły również, stadionem miejskim. Natomiast stadion Garbarni jest własnością klubu. W związku z tym Garbarnia nie może liczyć na jakąkolwiek formę finansowania prac na obiekcie ze strony Miasta Krakowa.
Kolejnym tematem jest omówiona już na początku i zmierzająca do sfinalizowania sprawa zagospodarowania terenu, a także długotrwałe procedury sądowe, przez które Garbarnia musiała przechodzić.
I na koniec sprawa sponsora, czy tez właściciela. Zarówno Cracovia, jak i też Wisła, znalazła kogoś, kto wydaje na klub własne pieniądze. Na Rydlówce nikogo takiego dotąd nie było, choć w kilku przypadkach wydawało się, że i na Ludwinowie ktoś taki się pojawi. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Wszystko to przyczyniło się do tego, że jesteśmy dziś w takim a nie innym miejscu i borykamy się z takimi, a nie innymi problemami.
Natomiast można dziś powiedzieć, że pojawiła się dla Garbarni iskierka nadziei i musimy zrobić wszystko, aby rozpalić z niej ogień.

- Bardzo Panu dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję że plany awansu do II Ligi i budowy nowego stadionu nie pozostaną tylko planami.

- Dziękuję i pozdrawiam wszystkich kibiców i sympatyków Garbarni Kraków.



Z Jackiem Kaimem rozmawiał Artur Bochenek.

 

 

 

 

 




Galerie zdjęć





Serwis wspiera




Zoo Art



Partnerzy medialni




Sportowe Tempo



KIKS TV



Moje Miasto Kraków



Brązowo Biali