Z prasy
Jerzy Jasiówka.
Krakowianin z Podgórza i Krzemionek
Wierny Garbarni
— Jestem chłopak z Podgórza — mówi o sobie. —
Podgórze i Krzemionki mnie wychowały, potem klub sportowy Garbarnia.
Rodzice pochodzili spod Krakowa, do miasta przyjechali jako młodzi
ludzie. Poznali się na mszy w kościele Mariackim. — I między innymi
dlatego zawsze do religii i kościołów mieliśmy specjalny stosunek
— mówi Jerzy.
Garbarni Jerzy był wierny zawsze. — Tej prawdziwej
Garbarni, piłkarzom — dodaje. — Nie tym, którzy chcieli ją
sprzedać, wyżyłować! I pomyśleć, że do Klubu trafiłem przez
przypadek...
Uliczna drużyna
Pod Matecznym, gdzie się wychował, była — jak
wspomina — potęga młodych ludzi. — Ponad 50 dzieciaków — mówi.
— Tworzyliśmy piłkarską drużynę uliczną, Łagiewnicką. Tak
wtedy nazywała się obecna ulica Zamoyskiego. W 1954 roku zagraliśmy,
my “ulicznicy”, mecz z drużyną A klasy, a po meczu trzon drużyny
wzięto do Garbarni. Za mojej kadencji Garbarnia zdobyła w Krakowie po
raz pierwszy mistrzostwo juniorów. W eliminacjach ogólnopolskich Jerzy
jednak nie wystąpił, bo nie miał wymaganej obecności w 1/3
rozegranych dotychczas meczów. — To były wspaniałe lata —
wspomina. Był czynnym zawodnikiem klubu do 1973 roku. — Odszedłem,
gdy przegraliśmy walkę o stare boisko na Ludwinowie, na ulicy
Barskiej.
Walka była zażarta... Piłkarze składali petycje do
przewodniczącego Rady Miasta Krakowa, do ówczesnego I sekretarza PZPR.
— Na Solskiego, w komitecie PZPR spędziliśmy kilka dni — mówi
Jerzy. — Czekaliśmy na towarzysza Klasę. Wzywana milicja wyprowadzała
nas kilkanaście razy, odprowadzała na Planty i wypuszczała. Też byli
kibicami Garbarni...
Po “przeprowadzce” klubu na boisko Korony, część
piłkarzy poszła do innych klubów, część - jak Jerzy - zakończyła
kariery sportowe. — Tak, tak — kiwa głową Jerzy. — Na boisku
Korony rozpoczęła się “nowa era”, która doprowadziła do tego,
że Garbarnia jest w IV lidze, a nie w II...
Te dawne mecze...
— Garbarnia to był specyficzny klub — mówi
Jerzy. — Byliśmy ze sobą niesłychanie zżyci, pochodziliśmy w większości
z tej samej dzielnicy, razem opijaliśmy zwycięstwa, mieliśmy takie
same przywary i ulubione lokale. Ot, na przykład — ukochany Fafik
na Siennej to była “nasza” kawiarnia. Po każdym meczu szło się
do lokalu, a nie - jak w innych klubach - każdy w swoją stronę. Nasz
lokal to był Francuski, drogi jak nieszczęście, ale szczęśliwie
2/3 drinków stawiali kibice. Podobnie było w Kaprysie na
Szpitalnej. A w ogóle Kraków był bardziej usportowiony. Kibice, gdy
szliśmy całą paką Floriańską, pozdrawiali, kłaniali się... I co
to były za treningi! Po każdym się gadało z kibicami, wpadało się
już nie do lokali, ale do podgórskich knajp. Na rogu Długosza i
Kalwaryjskiej była słynna Swojska, gdzie kibice nie wypuszczali
bez dwóch setek. Albo Podgórska... Dawniej ludzie chodzili na
mecze, jak się chodzi do kościoła. Na treningi przychodziło po
kilkaset osób. Mieli swoje miejsca, każdy wiedział, jaką butelkę
przynieść. Tworzyli naszą “ochronę”, a nas obligowało to, by
grać lepiej... Kibicowały nam matki i narzeczone. Co to był za widok
- one miały swoje paczki, swoje miejsca. Krzyczały głośniej od
lumpenproletariatu, wymachiwały parasolkami...
Bojowe chłopaki
— Byliśmy bojowi — z sentymentem wspomina Jerzy.
— Mogliśmy grać w pierwszej lidze, gdyby nie kilka zbiegów
okoliczności. Swego czasu wyjechaliśmy do NRD, gdzie jako drużyna
drugoligowa graliśmy z mistrzami NRD. Zremisowaliśmy 1: l, ale podczas
meczu doszło do przepychanek i awantur i z boiska usunięto dwóch
naszych graczy: Wełniaka i Browarskiego. Reperkusje nadeszły po
czasie. Rozgrywaliśmy dwa mecze z Gwardią Warszawa i Arkonią
Szczecin. Wygraliśmy obydwa i byliśmy na pierwszym miejscu. Wtedy
decyzją Wydziału Gier i Dyscypliny odebrano nam 4 punkty i
przydzielono je drużynom “gwardyjskim” pod pozorem, że graliśmy
nieprawidłowo, ponieważ w składzie drużyny był zawodnik usunięty
karnie, czyli Browarski. To był skandal, nigdy wcześniej się to nie
zdarzyło i pewnie nigdy się nie zdarzy. W końcu spotkanie w NRD było
spotkaniem towarzyskim... I tak I liga przeleciała nam koło nosa...
Graliśmy w wielu miejscach - nawet na Syberii, gdzie wyjechaliśmy w
nagrodę. W Krasnojarsku wygraliśmy 4: 0 z drużyną, która miała I
miejsce w drugiej lidze. Ja sam byłem z kolei reprezentantem Krakowa w
1959 roku w turnieju rozegranym na 15-lecie PRL-u. Zagrały 3 drużyny
krajowe i 3 z zagranicy. Teraz to już nie te czasy... Mało brakowało,
a Garbarni by nie było. Zmieniały się władze, kłóciły zarządy.
Ja przychodziłem i odchodziłem. Wróciłem po odwilży w 1980 roku,
potem odszedłem, by w 1999 roku wrócić do pracy w zarządzie klubu.
Naciągali nas po sądach, ale może teraz wyjdziemy wreszcie na prostą?
Małgorzata Stuch
Echo Krakowa,
12 kwietnia 2003
r.
— Przez cały czas byłem związany
zawodowo z drogami — śmieje się Jerzy. — Ukończyłem Wydział
Budownictwa Lądowego: drogi i mosty i pracowałem w Miejskim Zarządzie
Dróg, by ostatecznie osiąść jako prezes w sprywatyzowanym RDM
Krowodrza. Co będzie dalej? Nie wiem...