WYWIAD Z MARKIEM MOTYKĄ, TRENEREM GARBARNI - CZĘŚĆ I

ZOSTAWIĆ PO SOBIE DOBRY ŚLAD

 

17.10.2012 AB

Marek Motyka przejął drugoligowy zespół Garbarni 21 sierpnia 2012 roku. Pod jego wodzą Młode Lwy zdobyły 11 punktów (z 12, jakie mają na swoim koncie), a kibice oceniając grę drużyny są zadowoleni, może nie tyle ze wszystkich wyników, ale na pewno z poprawy stylu gry.

 

Szkoleniowca Garbarni poprosiliśmy o wywiad, a że materiału jest sporo, postanowiliśmy podzielić go na dwie części. "Marcyś", jak nazywają Marka Motykę koledzy i przyjaciele z boiska, jest wdzięcznym rozmówcą. W zasadzie wystarczy włączyć dyktafon i od czasu do czasu coś wtrącić, a wywiad będzie gotowy.

Marek Motyka jest też rozmówcą mającym do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy, dlatego warto zapoznać się z zapisem tej rozmowy.

 

Dziś część pierwsza wywiadu, o pracy Pana Marka w roli trenera, przyjściu do Garbarni i ...Bartku Praciaku.

"Spowiedź" Marka Motyki miała miejsce w piątek, 12 października br.

 

 

- Marek Motyka to nazwisko uznane w środowisku piłkarskim. Zarówno przez tych, którzy pamiętają Pana z występów na boisku, jak i tych, którzy znają Pana już tylko jako trenera. Czy mógłby Pan opowiedzieć o swojej pracy trenerskiej?  I jak to się stało, że trafił pan do Garbarni?

 

- Otóż miałem tę przyjemność, że byłem zawodnikiem, który grał we wszystkich klubach krakowskich. Grałem na początku w Hutniku, moja kariera tam rozpoczęła się gdy miałem 16 lat. W wieku 20 lat przeszedłem do Wisły, gdzie spędziłem blisko 12 lat. Później, po powrocie z zagranicy, grałem jeszcze półtora roku w Cracovii. W związku z tym mam szacunek do wszystkich tych klubów i każdemu z nich - w jakiejś formie - kibicuję.
 

Na Garbarnię chodziłem często jako kibic. Nie ukrywam, że najmniej, ze wszystkich krakowskich klubów,  znałem jej historię. Kiedyś podczas meczu oldbojów na hali moją uwagę przykuł zawodnik dużo od nas starszy, o niepozornych warunkach fizycznych, który jednak na boisku potrafił „zakręcić” niejednym młodszym rywalem. A byli to zawodnicy, którzy ledwie co zakończyli swoje piłkarskie kariery. Zapytałem Zdzisława Kapki, kto to jest. Na co ten odpowiedział mi:  -„Jak to, nie wiesz, to Jurek Jasiówka, żywa legenda Garbarni!”.
 

I tak poznałem Pana Jerzego Jasiówkę, obecnego prezesa klubu. Poprzez jego osobę zacząłem się bardziej interesować Garbarnią, bywałem na wielu jej meczach. W klubie pracowało także kilka osób, które znałem, miedzy innymi trenerzy Lucjan Franczak i Michał Królikowski. Był nawet taki okres, że chciałem tutaj grać. To było zaraz po zakończeniu kariery w Cracovii, kiedy nie chciałem wyjeżdżać z Krakowa, a byłem jeszcze w bardzo dobrej dyspozycji. Zgłosiłem akces do zespołu, który prowadził trener Królikowski, ale niestety nie był on zainteresowany moją osobą. W związku z tym poszedłem do Kalwarianki i tam, już jako grający trener, rozpocząłem swój rozdział w piłce w roli szkoleniowca.
 

W ciągu 3 lat w roli grającego trenera Kalwarianki udało mi się awansować z tym zespołem do III ligi śląskiej. Później, także w roli grającego trenera, związałem się z Garbarzem Zembrzyce. Tam poznałem pana Wronę, późniejszego prezesa Szczakowianki Jaworzno. Dzięki znajomości z nim i szacunkowi, jakim mnie darzył, miałem przyjemność zadebiutować w ekstraklasie właśnie w Szczakowej.  Ale jeszcze wcześniej pracowałem przez bardzo krótki okres w Rabie Dobczyce, a następnie w Bochni.
 

Okres pracy w Bocheńskim wspominam bardzo dobrze. Prowadzony przeze mnie zespół składał się z bardzo młodych zawodników, a my wyprzedziliśmy o jedno miejsce w tabeli IV ligi drugą drużynę Wisły.  Wisła miała wtedy bardzo mocny zespół rezerwowy, złożony z zawodników ściąganych z całej Polski,  także z mocnych juniorów . My uplasowaliśmy się z tymi młodymi chłopakami bodajże na czwartym miejscu, Wisła chyba na piątym. Satysfakcja była ogromna, to był duży sukces mój
i klubu, a kiedy odchodziłem, urządzono mi bardzo sympatyczne pożegnanie.

Z Bochni odszedłem do Wisły, gdzie przez dwa lata pracowałem jako trener rezerwy. Wtedy ustaliliśmy, że wszyscy nieperspektywiczni zawodnicy odchodzą z klubu, a „przygarnęliśmy” pierwszych juniorów, czyli między innymi braci Brożków, Strąka, Kuzerę, Kaczmarka, Zarychtę. Nie ukrywam, że gra w IV lidze to były dla nich troszeczkę schody, gdyż zostali rzuceni na głęboką wodę i grali z seniorami. Jednak to zaprocentowało tym, że wszyscy ci zawodnicy w późniejszym czasie osiągnęli w piłce bardzo wiele. Uważam, że to był dobry kierunek.
 

Moim marzeniem zawsze było prowadzenie pierwszego zespołu Wisły, jednak do tego nie doszło. Otrzymałem propozycję ze Szczakowianki i tak zadebiutowałem w ekstraklasie. Prowadzony przeze mnie zespół dwukrotnie zremisował właśnie
z  …Wisłą, 1:1 w Jaworznie i 2:2 na Reymonta.

Następnie pracowałem z Tłokami Gorzyce, a później zostałem trenerem Polonii Warszawa. Byłem ostatnim trenerem, który utrzymał ten zespół w ekstraklasie. Po mnie przyszło czterech trenerów, a Polonia spadła z ligi. To było zanim stołeczna drużyna została wykupiona przez pana prezesa Wojciechowskiego.

Następnie pracowałem w Górniku Zabrze - trzykrotnie, bardzo miło wspominam ten okres pracy, gdyż dwa razy mnie zwalniano, za to trzykrotnie przyjmowano.
 

 W Polonii Bytom, gdzie trafiłem z Zabrza, mimo skromnych warunków udało nam się zbudować bardzo ciekawy zespół, który potrafił ograć Legię, zremisować z Lechem, walczył dzielnie z Wisłą, ograł Górnika 2-0. Bardzo dobrze wspominam okres pracy w Bytomiu, mam ogromną satysfakcję z tego, że udało mi się wykonać tam solidną robotę przy bardzo skromnych warunkach. Zawsze zresztą pracowałem w klubach z niskim budżetem, walczących o utrzymanie. Nie było mi dane pracować w klubie stabilnym finansowo, z perspektywą na mistrzostwo Polski czy udział w pucharach, takiego szczęścia nigdy nie miałem.

 

Później trafiłem do Korony Kielce, gdzie trafiłem na  zespół bezpośrednio po spadku z ekstraklasy. Wydawało się wtedy, że banicja kieleckiego klubu na drugoligowym froncie potrwa rok, dwa lata, zanim uda się powrócić do ligi. Tymczasem awansowaliśmy z powrotem na najwyższy szczebel krajowych rozgrywek. Było to wynikiem nie tylko naszej dobrej gry, ale także tego, że PZPN relegował niektóre zespoły o klasę niżej.
 

W Kielcach wydawało się, że wreszcie trafiłem na zdrowy, perspektywiczny grunt. Prezydent miasta zapewniał mnie , że będziemy współpracować minimum trzy lata. Zaproponował oparcie drużyny na własnej młodzieży. Mnie to bardzo satysfakcjonowało, gdyż nie ukrywam, że bardzo lubię bazować na wychowankach. I tak zespołem złożonym głównie z juniorów zaczęliśmy sezon. Drużyna grała z różnym skutkiem, zdarzały się wyniki lepsze, gorsze; zespół grał solidnie, ale miał też wpadki. I tak się nieszczęśliwie dla mnie złożyło, że w meczu z Zagłębiem Lubin, prowadząc do przerwy 3:1, zremisowaliśmy 3:3. Po tym spotkaniu zostałem odwołany, na trzy kolejki przed końcem sezonu.


Bardzo boleśnie przeżyłem tę sytuację, bo gdybym wiedział, że do niej dojdzie, to być może ryzykowałbym w mniejszym stopniu i mniej stawiał na tych juniorów.  Wydawało się, że poparta przez prezydenta miasta i długofalowa polityka kadrowa, którą uzgodniliśmy właśnie w takiej formie, miała przynieść efekty dopiero w przyszłości.

Rok temu trener Ojrzyński korzystał z tych wszystkich chłopaków i między innymi Wilk, Kiełb, Kal, Kiercz, Malarczyk to są ci piłkarze, którzy u mnie dostawali szansę i dzisiaj są uznanymi zawodnikami.


Ale cóż, działacze nie wytrzymali presji, menadżerowie ostro napierali na dyrektorów sportowych, aby jednak nie bazować na własnych wychowankach, ale inwestować w obcokrajowców. Wiadomo, że za tym idą prowizje i w tym momencie moja robota nie wszystkim pasowała, gdyż możliwość ich uzyskania w klubie bazującym na wychowankach jest zerowa. 

 

Jak się później okazało, nie wszyscy ciągnęli ten wózek w jednym kierunku, a to, że ja bazowałem na swoich chłopakach, i to takich, którzy dziś są fajnymi piłkarzami ligowymi, nie wszystkim się podobało.  A szkoda, bo wydawało mi się, że wreszcie faktycznie trafiłem na klub stabilny, w którym będę miał okazję dłużej popracować i pokazać swoją wartość.

 

Po Koronie pracowałem w Kolejarzu Stróże, a później nastąpiła dość długa, jak na trenera, przerwa.
 

I tutaj dochodzimy do mojego zatrudnienia w Garbarni.


Już w poprzedniej rundzie były prowadzone rozmowy na temat objęcia zespołu. Ja  jednak uznałem, że dobrze by było, aby Garbarnia z trenerem Krzysztofem Bukalskim dokończyła sezon, a dopiero po nim spokojnie dokonała analizy sytuacji w zespole. Nie jestem zwolennikiem przychodzenia do zespołu na cztery czy pięć kolejek przed końcem, bo jest to dla mnie takie trochę „czarowanie” i bazowanie na szczęściu. Wiadomo przecież, że gdybym ten zespół  w II lidze utrzymał, to i tak robota była wykonana przez Krzyśka i musiałoby to iść na jego konto. Natomiast ze mnie uczyniono by cudotwórcę, a nie byłoby to do końca uczciwe.


Garbarnia utrzymała się, a z trenerem Bukalskim przedłużono umowę. Powiem szczerze, że cieszył mnie taki obrót rzeczy, bo świadczyło to o tym, że Klub dał tym samym wyraz nie tylko wdzięczności za utrzymanie, ale też zaufania, jakim obdarzył Krzyśka na następny sezon.

 

Po kilku kolejkach nowego sezonu dowiedziałem się, że zarząd Klubu nosi się jednak z zamiarem zmiany trenera i że jestem jednym z kilku kandydatów. Analizowałem tę sprawę dogłębnie, gdyż nie ukrywam, że jako trener chciałem wrócić co najmniej do pierwszej ligi, nie mówiąc już o ekstraklasie. Jakiś czas temu wypadłem z tej ekstraklasowej trenerskiej karuzeli, ale bardzo chciałbym na nią jeszcze wrócić i udowodnić swoją wartość. Do tego jednak potrzebne jest odrobina szczęścia, a także poparcie wielu ludzi. Ja na razie takiego poparcia nie mam, w związku z czym uznałem, że solidna praca w takim klubie jak Garbarnia może być dla mnie etapem, który ułatwi mi powrót na wyższy szczebel krajowych rozgrywek.

 

Podjąłem się pracy w Garbarni, ponieważ ta drużyna nie jest dla mnie całkowitą niewiadomą. Obserwowałem mecze zespołu, znam wielu z zawodników. Zdaję sobie sprawę z tego, że Klub nie jest finansowym potentatem, właściwie nie rozmawialiśmy tu jeszcze o pieniądzach. Znam historię Klubu, znam prezesa Jasiówkę, znam Pana Marka Siedlarza. Widzę, że w Garbarni panują zdrowe stosunki pomiędzy piłkarzami i zarządem, że wszystko, mimo że skromnie, jest na bieżąco wypłacane – rzetelnie i na czas. Grupa piłkarzy, którą tu zastałem, jest bardzo ciekawa. Uznałem, że z tym zespołem jest szansa osiągnięcia dobrego wyniku, dlatego też postanowiłem zaryzykować.

 

Czy to jest dobry ruch, to dopiero życie pokaże. Natomiast z pewnością będę robił wszystko, aby ta drużyna grała coraz lepiej. Na razie gramy nierówno, zespół jest mieszanką rutyny i młodości. Niektórzy zawodnicy, którzy są na dziś w Garbarni mają ambicje, aby zagrać na wyższym poziomie. Jest kilku piłkarzy z doświadczeniem, na których można budować zdrowy kręgosłup zespołu.

 

W zespole panuje niezła atmosfera. Wiadomą rzeczą jest, że najlepsza atmosfera jest wtedy, kiedy się mecze wygrywa. Dzisiaj słyszymy o dobrej atmosferze w drużynach, na przykład Floty Świnoujście czy Piasta Gliwice, gdzie są zwycięstwa, gdzie kasa się zgadza, ale wtedy dobra atmosfera tworzy się niejako sama, to jest automat.  Natomiast sztuką jest zbudowanie atmosfery, kiedy się przytrafiają porażki. Sam jestem ciekaw, jaka jest dziś atmosfera w Wiśle, kiedy pozycja w tabeli jest odległa od czołówki, w Bełchatowie, który ma duże kłopoty czy w innych zespołach z dolnych rejonów tabeli. W takich sytuacjach budowanie atmosfery i wykonywanie solidnej pracy wydaje się prawdziwą sztuką.

 

Na razie w Garbarni jesteśmy na etapie wzajemnego poznawania się z piłkarzami, staramy się to zrobić dokładnie i dobrze. Niektórych znam lepiej, innych gorzej. Marcina Siedlarza prowadziłem w Zabrzu, więc znałem go bardzo dobrze. Mateusza Brozia i Longinusa Uwakwe  znam z Kolejarza, Widawskiego miałem w Bytomiu  - ale wielu młodych chłopaków dopiero poznaję. Przyglądam im się, daję im szansę. Z wieloma z nich rozmawiałem, wiem jakie mają ambicje, jakie mają chęci i co chcą w piłce osiągnąć, a ja chciałbym im w tym pomóc.

 

Wiadomo, że jestem takim człowiekiem, że Wisłę kocham, a poszczególne kluby szanuję. Pracując w Garbarni będę się starał nie zawieść kibiców, ale także prezesa Jasiówki czy Pana Marka Siedlarza, którzy tym Klubem zarządzają i dali mi pewien kredyt zaufania. Pomagają mi z każdej strony, natomiast nikt mi się nie wtrąca w sprawy szkoleniowe.

 

Baza, jak wszyscy wiemy, jest w Garbarni bardzo skromna, jak na drugoligowe realia. Samo to, że Garbarnia nie może ubiegać się o licencję na II ligę na Rydlówce, jest sporym mankamentem. Główna płyta, na której trenuje pierwszy zespół, jest jeszcze w miarę przyzwoita. Ale kiedy przyglądam się juniorom, którzy ćwiczą na bocznym boisku, to szczerze współczuję im oraz ich trenerom Staszkowi Śliwie i Robertowi Włodarzowi, w jakich warunkach muszą pracować. Ale też widzę, jak wiele serca i zaangażowania wkładają w swoją pracę, bo są prawdziwymi Garbarzami. Jako przykład takiej wzorcowej pracy  muszę wymienić nazwisko trenera najmłodszych grup wiekowych w Garbarni, Jacka Kokoszki. Ta jego robota przy tym boisku, które sam od podstaw stworzył, które sam plewi, dosiewa, jest godna podziwu.

 

Muszę powiedzieć, że atmosfera tego Klubu jest rzeczą, która mi się bardzo podoba. W skromnych warunkach panuje niemal rodzinny klimat. Podoba mi się więź kierownictwa Klubu, który daje szansę zatrudnienia swoim byłym zawodnikom, którzy przyczynili się do jego sukcesów, którzy tu grali i którzy tutaj zostawili swoje serce na zawsze. To wszystko jest godne podziwu.

 

Powiem szczerze, że ubolewam nad tym, że dzisiaj w Wiśle nie chce się dać szansy właśnie swoim byłym wychowankom, a ja też jestem tego przykładem. Z pewnością w pracę w klubie, w którym się wychowaliśmy, na pewno włożylibyśmy mnóstwo serca i zaangażowania, nie patrząc nawet na pieniądze. I widząc to w Garbarni, bardzo mi się ta struktura podoba. Ludzie, którzy mają szansę zatrudnienia niejako w swoim domu, nawet nie zarabiając wielkich pieniędzy, angażują się w swoją pracę niesłychanie emocjonalnie.

 

- Powiedział Pan, że nie jest zwolennikiem zmiany trenera na kilka  kolejek przed końcem sezonu. Teraz objął Pan zespół Garbarni po trzech kolejkach nowego. Czy nie wolałby Pan objąć drużyny przed jego rozpoczęciem, mając przed sobą letni okres przygotowawczy i jakiś wpływ na ruchy kadrowe?

 

-  Oczywiście, że wolałbym i to nie podlega żadnej dyskusji!
 Sprawa jednak miała się tak, że zarząd Klubu miał po zakończonym sezonie dokonać analizy pracy poprzedniego trenera i zadecydować, czy przedłużyć z nim współpracę, czy też zainwestować w kogoś innego. Postawiono na Krzyśka Bukalskiego, co ja uważałem za dobre rozwiązanie. Natomiast nie wiem, dlaczego po trzech  kolejkach powstała koncepcja zatrudnienia nowego trenera. Czy to było przeciążenie pomiędzy trenerem a zawodnikami, czy złe funkcjonowanie trenera z szatnią, z drużyną – tego nie wiem i nie chcę tego komentować ani oceniać. Sam jestem trenerem i doskonale znam trenerski los w przypadku niepowodzeń zespołu. Uważam, że wobec Krzyśka, którego pamiętam z Krakowa, był także moim zawodnikiem w Zabrzu, zachowałem się całkowicie elegancko i w porządku, natomiast wiem że boli go sytuacja, w której stracił pracę po kilku kolejkach.

 

Ale tak to już w naszym fachu bywa, że Klub zatrudnia nowego trenera po to, aby – jak w tym konkretnym przypadku – jeszcze jesienią dobrze poznał zespół, a w zimie poczynił ewentualnie jakieś korekty czy uzupełnienia w składzie.

Przyjście do klubu po trzech czy czterech kolejkach nowego sezonu jest zdecydowanie inaczej odbierane od przyjścia na kilka kolejek przed jego końcem. Tak jak już powiedziałem wcześniej, gdyby się nawet udało utrzymać drużynę, to nie byłby to mój wynik, tylko to byłby wynik pracy włożonej przez mojego poprzednika przez cały sezon. To tak, jakby ktoś biegł na sto metrów i na osiemdziesiątym metrze ktoś go podmienił, albo biegnący doznałby kontuzji.

 

Akurat w przypadku Krzyśka Bukalskiego wykładnia oceny jego pracy jest pozytywna, on nawet odchodząc po trzech kolejkach odchodzi z podniesioną głową, bo postawione przed nim zadanie wykonał. Nastąpiło przeciążenie i to się w klubach zdarza, te zmiany trenerów będą. Natomiast Krzysztof Bukalski odszedł z Garbarni jako człowiek spełniony i nikt mu w Garbarni złego słowa nie powie, zawsze będzie mógł tu wrócić, nie zamknął sobie tu żadnej ścieżki.

 

Nie ma trenerów, którzy nie popełniają błędów, ja także popełniam błędy, jak każdy człowiek. Nie jest tak, że ktoś przychodzi w roli cudotwórcy. Nie ma takich sytuacji, że ja wejdę do szatni i powiem: „Panowie, ja nazywam się Motyka i ja wam gwarantuję sukces”. Niczego takiego nie obiecywałem,  natomiast gwarantuję jedno: że wkładam w swoją pracę serce i zaangażowanie. Jeżeli ktoś we mnie inwestuje, to ja staram się tych ludzi nie zawieść. Staram się zrobić wszystko, aby nie rozmieniać swojego nazwiska na drobne.

 

Jeżeli zawodnicy to zrozumieją, jeżeli przełożą to, co ja mam im do powiedzenia – nie tylko z książek, ale także z głowy, ze swojego doświadczenia  piłkarskiego – to nasza wspólna praca przyniesie efekty. Staram się to robić, robię to bardzo rzetelnie. Nie lekceważę tego, że jest to niższa klasa rozgrywkowa, bo wszędzie gdziekolwiek jestem, staram się zostawić po sobie dobry ślad. Zresztą przykład Zabrza, gdzie byłem tam trzy razy, gdzie kibice się tego domagali, gdzie miałem poparcie prawie dwudziestu tysięcy ludzi na trybunach i gdzie na transparencie widniał napis „100 procent poparcia dla Motyki” to jest ogromna satysfakcja! Tak naprawdę to ludzie chcieli mojego powrotu do Górnika, bo doceniali moja pracę.

 

Dlatego też ja dzisiaj jestem w Garbarni i staram się robić wszystko tak, jak robiłem na wyższym poziomie ligowym. Przede wszystkim wykonać jakiś kawałek dobrej pracy, być w porządku wobec działaczy i zawodników, tak aby tutaj też zostawić dobry ślad. Kontrakt z Klubem podpisałem do czerwca, ale mamy w nim zawartą klauzulę, że jeżeli dostanę propozycję pracy w klubie ekstraklasowym bądź z czołówki I ligi, to Garbarnia nie będzie mi czyniła przeszkód w rozwiązaniu umowy.  Traktujemy to dzisiaj czysto hipotetycznie, ale ja nigdy nie ukrywałem, że moje ambicje trenerskie są troszkę wyższe. Jednak na dzień dzisiejszy jestem w tym Klubie, a życie może pokazać, że zostanę tu na dłużej. Dziś nie sposób tego przesądzić.

 

Jak już powiedziałem, nie lekceważę tego, że jest to poziom II ligi, szanuję to, co dostałem. Jeżeli ktoś we mnie zainwestował i powierzył mi zespół z zamiarem osiągnięcia jak najlepszego rezultatu, to ja jako trener muszę to przełożyć na swoją pracę. Mnie tu zaufano i z moją pracą też zarząd Klubu ma określone nadzieje. Ja też nie ukrywam, ze traktuję bardzo poważnie to wyzwanie, dla mnie to też może być coś w rodzaju trampoliny. Albo żeby w tym Klubie zrobić jakiś konkretny  wynik, albo aby pokazać, że człowiek jest cos wart, że jest jeszcze ten potencjał i że można odejść z podniesioną głową. Mam nadzieję, że tak się stanie, że ja tu będę mógł przychodzić na mecze i że ludzie będą mnie tu witali z sympatią, a nie będę się musiał chować przed nimi, wstydząc się popatrzeć im w oczy.

 

Mam nadzieję, że tak będzie, zresztą ludzie z klubu widzą, jak ja to robię. Ja tu jestem praktycznie przez cały dzień na Rydlówce, myślę nad tym jak pomóc zespołowi, jak wykorzystać swój potencjał i potencjał drużyny. Wydaje mi się, że idziemy w dobrym kierunku, ale nie chcę o tym głośno mówić, ponieważ gadać, bajerować można długo i to się wszystko dobrze sprzedaje. Natomiast liczy się to, co jest w tabeli, ile jest punktów i jak zespół gra. Jeżeli ludzie z przyjemnością przychodzą dziś na Garbarnię, bo drużyna zaczyna już coś pokazywać i słyszy się głosy, że ta drużyna gra już inaczej, to mnie to przynosi satysfakcję. Ale jeżeli Garbarnia będzie grała na zero z tyłu, strzelając przy tym dużo bramek, to ta satysfakcja będzie jeszcze większa.

 

-Czy był Pan zaskoczony odejściem z Garbarni napastnika Bartosza Praciaka?

 

- Gdyby Pan zapytał prezesa Marka Siedlarza, jakie było moje pierwsze pytanie podczas naszej wstępnej rozmowy, to z pewnością potwierdzi moje słowa. Otóż zapytałem, dlaczego Praciaka nie ma już w Garbarni.

Ja uważam, że ten chłopak był zupełnie niewykorzystany. Oczywiście wiemy, że to nie jest techniczny wirtuoz , ale są trzy rzeczy, które ten chłopak ma do gry: serce, zdrowie i warunki fizyczne.

 

I teraz tak: cóż ten chłopak miał zrobić, jak on był sam z przodu między czterema obrońcami, a nie dostał ani jednej piłki? Bo co innego, gdyby dostawał po cztery czy pięć piłek, „wyjeżdżał” sam na sam i partolił te sytuacje – to by znaczyło, ze jest słaby. A jeżeli on biegał, jak przysłowiowy „Żyd po pustym sklepie”, nikt go nie wspomagał, nie dostał żadnego otwierającego podania, to co miał zrobić? A serce wkładał, bo nikt mu nie zarzuci, że nie biegał, nie szarpał, nie walczył,. Ile mógł, tyle sobie wypracował.

 

Nie ukrywam, że zapytałem właśnie o niego, bo gdybym miał do dyspozycji Praciaka i tak jak dzisiaj Brozia, to prawdopodobnie gralibyśmy dwoma napastnikami. A ponieważ mam jednego, to manewruję pomiędzy Tony’m Nwachukwu, Krzyśkiem Koziełem, który jest teraz kontuzjowany i „chucham, dmucham” na Brozia, któremu także przytrafiła się przed meczem z Puszczą kontuzja. A przecież Mateusz zdobył do tej pory sześć goli, więc jest to taka nasza „perełka”.

A jeżeli byśmy mieli teraz takiego silnego Praciaka – to tutaj każdy ma inne atuty. Bartek jest dynamiczny, szybki, taki typowy taran, z kolei Broź jest inteligentny, sprytny. Takich dwóch zawodników mieć w zespole to jest złoto!

 

Ubolewam nad tym, że Praciaka nie ma już w Klubie, tym bardziej, że z tego co słyszałem jest on w Garbarni zakochany. On szanuje ten Klub, on ten klub lubi i ubolewa także nad tym, że musiał z tego klubu odejść. Tak samo jest związany z zawodnikami z zespołu i jak ich zapytałem w szatni czy nie żałują, że Praciak odszedł – to oni żałują.


Dlatego też ja nie wiem, czy ten chłopak do nas w grudniu nie wróci. Oczywiście sytuacja będzie zależała od potrzeb zespołu i możliwości Klubu, ale ja nie ukrywam, że napastnik by nam się przydał. Nie ma o czym dyskutować, a moje zdanie jest takie, że ten zawodnik ma potencjał, który można by było w drużynie wykorzystać.

 

Natomiast nie krytykuję w żadnym wypadku decyzji trenera Krzysztofa Bukalskiego, który miał ją prawo podjąć. Przyszedł do klubu Broź, w związku z tym trener zrezygnował z Praciaka. To jest decyzja poprzedniego trenera i ona poszła na jego konto. Ja mówię tylko o tym, że gdyby Praciak był, to duet tych dwóch napastników mógłby być groźny na boisku.

 

Mam w zespole do dyspozycji zawodników o innych walorach, bo na przykład zarówno  Marcin Siedlarz, Kamil Rado, Sebastian Leszczak mają swój potencjał. Ale akurat Praciak miał taki typowy ciąg na bramkę rasowego napastnika i kto wie, czy nie udałoby się nam tego wykorzystać. Ale, tak jak powiedziałem, nie krytykuję tej decyzji. Trener Bukalski dobierał zawodników do obranej przez siebie taktyki, mając do tego prawo...

 

Trenera wysłuchał Artur Bochenek.

 

Z przyczyn technicznych zapowiadana druga część wywiadu ukaże się w środę 31.10.2012.

Wszystkich zainteresowanych przepraszamy za opóźnienie.

 

 

Marek Motyka (urodzony 17.04.1958 w Żywcu)

Kariera zawodnicza: Koszarawa Żywiec, Hutnik Kraków, Wisła Kraków (Mistrz Polski 1978), SK Brann (Norwegia), Hetman Zamość, Cracovia, Kalwarianka, Garbarz Zembrzyce, Raba Dobczyce.
Reprezentant Polski, 8 występów.


Praca trenerska:
 Kalwarianka, Garbarz (jako grający trener), Wawel Kraków, BKS Bochnia, Wisła II Kraków, Szczakowianka Jaworzno, Tłoki Gorzyce, Polonia Warszawa, Górnik Zabrze, Polonia Bytom, Korona Kielce, Kolejarz Stróże.

 

Od 21 sierpnia 2012 roku trener drugoligowego zespołu Garbarni.

 




Galerie zdjęć





Serwis wspiera




Zoo Art



Partnerzy medialni




Sportowe Tempo



MAŁOPOLSKA TV

 

Brązowo Biali

LifeSport



Scena Kraków