KOMENTARZ

WYDARZENIA POZNAŃSKIE

 

 

16.06.2016 Jerzy Cierpiatka

 Było jak zawsze w barażach Garbarni o II ligę. Nadzieja, czarne chmury nad stadionem, ulewa, w końcu świadomość, że kolejna szansa przepadła. Jak w 1989 (dwumecz z Bałtykiem Gdynia) I 2005 (dodatkowe boje z Kolejarzem Stróże). Teraz mamy już tryptyk, po dramatycznej rywalizacji z Wartą Poznań. Kiedy było najbliżej? Wystarczy nawet zdezelowany zegarek, by znać odpowiedź. Wczoraj, kiedy od awansu dzieliło ledwie kilka minut.

 

Lecz czy należy ten dystans mierzyć wyłącznie chronometrem? Tu już sprawa wydaje się zdecydowanie bardziej skomplikowana. Zwłaszcza, że krąg podmiotów uprawnionych do wygłaszania miarodajnych komentarzy trzeba rozszerzyć o wybitnych speców od kulis poznańskich wydarzeń. Arbitra i jego liniowego pomagiera. Tego, który trzymał nadzór blisko głównej trybuny, a jeszcze bliżej ławki gospodarzy.

 

Najpierw jednak o stronie sportowej rewanżu za sobotni mecz w Krakowie. Było jasne dla wszystkich, że wynik 3:2 stanowi skromną zaliczkę i dokładnie nic więcej. Było wielce prawdopodobne, że Garbarnię czeka stąpanie po cienkim lodzie Warty, choć w czerwcu przecież nie zamarzniętej. Przebieg rewanżu w pełni potwierdził te przypuszczenia. Było cholernie ciężko, a bliższa zwycięstwa była Warta, bo wykreowała kilka okazji. Zaś siła ognia Garbarni niestety nie była wystarczająca.

 

Natomiast mieli „Brązowi” w bramce Cabaja. On najwyraźniej nie miał w sobotę swojego dnia, ale często w futbolu bywa tak, że raptem po kilku dniach mamy zupełnie inną sytuację. Bramkarz „Garbarzy” potwierdził tę starą prawdę, broniąc w Poznaniu doskonale. Do przerwy nie dał się zaskoczyć Ciarkowskiemu, po zmianie stron to samo odnosiło się do Spławskiego (kapitalne obrony jego strzałów głową i nogą, instynktownie). A już przy stanie 1:0 Cabaj obronił drugi rzut karny podyktowany na korzyść Warty.

 

Garbarnia nie była w swoich atakach przekonująca. Kilka niecelnych strzałów oddał Nowak, szczególnie należy żałować oddanej w złym kierunku „główki” po przeszło 70 minutach meczu, kiedy przelobowanie Filipowiaka jak najbardziej było wykonalne. A w początkowej fazie meczu, po zagraniu właśnie Nowaka, lepiej powinien zachować się Stokłosa, który w dogodnym położeniu od nie tej strony co trzeba wystartował do piłki. I szansa na szybkie objęcie prowadzenia przepadła.

 

Zbilansowanie okazji prowadzi do wniosku, że Warta miała powody dopominania się o awans. Lecz ta konkluzja nie może mieć nic wspólnego z boiskowymi faktami. Wciąż bowiem utrzymywał się wynik bezbramkowy, co premiowało akurat Garbarnię. Ta na mój gust zagrała po przerwie zbyt głęboko, choć taki stan rzeczy powiązany z ograniczeniem manewru kadrowego spowodowały kontuzje Kostrubały (jeszcze przed meczem i Kalemby (już w trakcie gry). Najważniejsze jednak, że „Garbarze” bronili się skutecznie. I dużo wskazywało, że tak będzie do ostatniego gwizdka. Zanim on rozległ się w 103. minucie rewanżu doszło do zdarzenia, które miało kluczowe znaczenie dla losów rywalizacji.

 

W 86. minucie do piłki zacentrowanej z rzutu wolnego i zgranej głową przez jednego z „warciarzy” wystartowali Laskowski i Nowak. Pierwszy z nich upadł na murawę w obrębie „16”, zaś a sędzia wykonał jednoznaczny gest rękoma, aby gra była kontynuowana. Czyli, że nie było podstaw do odgwizdania „11”. Po kilku sekundach jednak, pewnikiem na sygnał dźwiękowy nadany przez bocznego, doszło do zasadniczej zmiany decyzji. Arbiter wskazał na „wapno”, a uwadze obserwatorów nie uszło to, że z chwilą wydania poprzedniego werdyktu przez sędziego głównego na boisko wpadła chmara „warciarzy”, którzy w ułamku sekundy zerwali się z ławki. Ich też należało poprosić do konsultacji? A później bez żadnej reakcji zezwalać, aby wbiegali na murawę? Co w ogóle na niej robili?!

 

Istotę szemranej sprawy bez wątpienia stanowi osoba, która de facto zadecydowała o kluczowej decyzji. A także okoliczności temu towarzyszące. Budzi ogromne zdumienie i pozostawia jeszcze większy niesmak to, że znajdujący się blisko zdarzenia arbiter posiłkował się, ba, uznał za zdanie eksperckie, głosem swego podwładnego. Co ciekawsze, który stał zdecydowanie dalej akcji niż rozjemca. Nie kilka metrów, a metrów może i około trzydziestu. Odnosiło się wrażenie, a w zasadzie to pewne, że arbiter chciał uciec od odpowiedzialności. Postanowił zwalić ją na barki kogoś innego, akurat znajdującego się zdecydowanie niżej w hierarchii obsady wyznaczonej na prowadzenie zawodów w Poznaniu. Wygląda na to, że z daleka jest lepiej widzieć niż z bliska… Ot, nowa wersja pomroczności jasnej.

 

Cisną się pod pióro jeszcze inne pytania. Na przykład, co z nieukaraniem Nowaka? Skoro wcale nie był rzekomym winowajcą, a faktycznym (bo przecież „11”…), to dlaczego odstąpiono od kary indywidualnej? Czy i w tej sprawie (jak przy okolicznościach podyktowania karnego) zechce arbiter udowadniać, że to spójne?

 

Warta osiągnęła cel, to pewnik. Garbarnia otrzymała w Poznaniu twardą szkołę życia. A niezależnie od tego lekcję obyczajów z życia tzw. wyższych sfer. W trakcie meczu gracze „Brązowych” byli wielokrotni obrażani, z widowni padały plugawe epitety. I ktoś w tej akcji brylował. Gdyby w pomeczowym raporcie delegata przypadkiem zabrakło takiego punktu, zawsze można skorzystać z taśm prawdy. Ciekawe jest video, a jeszcze „ciekawsze” audio.

 

Na koniec personalia. Arbitrem rewanżowego meczu Warta - Garbarnia był Łukasz Bednarek z Koszalina. Jego ojciec, Jan Bednarek, jest wiceprezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej.

 

„Łączy nas piłka”... 

 

 

 

 



Galerie zdjęć





PARTNER KLUBU




Sponsor I Drużyny




Sponsor II Drużyny




partner relacji video




Sponsor najmłodszych piłkarzy




Partnerzy medialni