Z ŻAŁOBNEJ KARTY
"ZEGARMISTRZ" JERZY PIETRUSZKA

W pierwszych dniach grudnia ubiegłego roku zmarł  w wieku 70 lat Jerzy Pietruszka. Człowiek, którego bywalcy Rydlówki, a wcześniej stadionu Korony, gdzie Garbarnia rozgrywała swoje mistrzowskie mecze w trzeciej lidze, bardziej znali pod pseudonimem  „Zegarmistrz” lub „Kolejarz”.

 


Jerzy Pietruszka (w środku) podczas spotkania Garbarnia - Świt Nowy Dwór Mazowiecki 6 sierpnia 2011.
Po prawej jego syn Roman.

 

 „Zegarmistrz” z tej racji, że przez dziesiątki lat obsługiwał zegar stadionowy podczas spotkań piłkarskich Garbarni, zarówno na Górze Parkowej, a także po przeprowadzce Klubu na  „własne śmieci”. Przydomek „Kolejarz” zawdzięczał Jurek swojej profesji. Przez prawie całe życie był etatowym pracownikiem Polskich Kolei Państwowych.

 

Jerzy Pietruszka został pokonany przez ciężką chorobę, z którą niewielu ludzi wygrywa, a współczesna medycyna nie znalazła na nią skutecznego lekarstwa.

Wiadomość o jego odejściu dotarła do Klubu zbyt późno na poinformowanie i udział w ostatniej drodze Jurka, ale nie na tyle późno, aby poświęcić Mu kilka słów tytułem wspomnienia. Bo na to nigdy za późno być nie może …

 

Bardzo ciężko napisać wspomnienie o kimś, kto odszedł, w którego odejście ciężko naprawdę uwierzyć.  Ciężko uwierzyć, ze się kogoś już nigdy nie zobaczy, nie zamieni z nim kilku słów przed czy po meczu, nie wychyli szklaneczki piwa czy też innego, mocniejszego trunku.  Nie wymieni się odniesionymi wrażeniami z ostatniego spotkania, nie omówi się zasłyszanych wieści o planowanych transferach, nie skomentuje się poziomu poszczególnych zawodników.

 

Jurek mimo tego, że po awansie Garbarni do drugiej ligi nastąpiła konieczność rozgrywania meczów mistrzowskich poza Rydlówką, zawsze bywał na spotkaniach ligowych Młodych Lwów. Zarówno na Suchych Stawach, jak też i na stadionie Wawelu.

Nie był już tak widoczny jak wtedy, gdy przebywał wysoko ponad koroną stadionu na konstrukcji zegara i pilnował prawidłowej jego pracy, zmieniając tabliczki z liczbą zdobytych przez piłkarzy goli.

 

„Kolejarz” jeździł także na wyjazdy. Zaszczepił przywiązanie do garbarskich barw swojemu synowi, Romkowi, który jest stałym bywalcem „Loży RKS”. Osobiście bywałem z nimi na takowych wyjazdach, a zawsze wspominaliśmy podróż do Gdyni, na baraż Garbarni o drugą ligę z Bałtykiem, w czerwcu 1989 roku…

 

Przy tak dalekiej wyprawie i podróży przebiegającej w znacznie mniej komfortowych warunkach i w znacznie dłuższym czasie, niż w obecnej rzeczywistości, bliższe wyjazdy do Tarnowa, Rzeszowa, Boguchwały, Jasła, Krosna, Nowego Sącza są jakby tylko tłem dla gdyńskiej eskapady.  Kto pamięta tamte lata, ten wie, na czym polega różnica. Kto nie pamięta, ten nie zrozumie i nadal będzie przekonany, że wybranie się na mecz swojej drużyny na Suche Stawy to wyczyn nie lada…

 

Jurek był przy Garbarni na dobre i złe, nawet po spadku do czwartej ligi jeździł za piłkarzami do Bochni, Brzeska, Alwerni, Sieprawia. Doczekał awansu do drugiej ligi, ale nie doczekał otwarcia sztucznego boiska, choć na pewno widział trwające przy nim prace…

 

Mów się, że historię tworzy człowiek. I gdzieś obok życiorysów znaczących piłkarzy czy wybitnych działaczy -  toczą się losy zwykłych, skromnych ludzi, którzy Garbarnię mają w sercu, którzy oddali jej cząstkę siebie i którzy także kształtują cząstkę historii Klubu.

 

Jerzy Pietruszka niewątpliwie do takich osób należał.



 

Artur Bochenek