
Maciej Gigoń
Od trampkarza do prezesa
Nic w życiu nie rodzi się z przypadku. Gdy przy ul. Ustronie 8 stał jednorodzinny domek, zaś stary ludwinowski stadion miał się w najlepsze, odległość między tymi miejscami wynosiła 300 metrów. Po domu została tylko stara grusza w ogrodzie, z trybuny – pamiątkowo przechowywane kawałki drewna. Dla obecnego sternika RKS Garbarnia, Macieja Gigonia, najważniejsze jest to, że klub, z którym jest związany więzią tyle sentymentalną co pokoleniową, wciąż nosi swój szyld. Choć nie da się ukryć, że mniej dumny, niż to drzewiej bywało.
– Z Garbarnią zawsze było mi po drodze. W klubie grał mój ojciec Mieczysław, stryj Tadeusz i syn Piotr, pewnie kiedyś przekroczy progi Garbarni wnuk Bartek. Wyjątkowo “garbarska” była też szkoła podstawowa numer 30 przy ulicy Konfederackiej. Dyrektorowała placówce pani Maria Rozumowa, uczył wuefu Kazimierz Rafa. Do “Trzydziestki” chodziło ze mną kilku doskonałych później piłkarzy. Z Robertem, a raczej Józkiem Gadochą na czele, choć Edkowi Pilarskiemu czy Mietkowi Weissowi talentu też nie brakowało. Droga do klubu wiodła przez szalenie wówczas popularne turnieje dzikich drużyn. Takim znakomitym “szperaczem” talentów był w Garbarni Jan Ruszkiewicz.
Już jako klubowy trampkarz znalazł się Maciej Gigoń pod opieką sławnych ludwinowskich graczy: Mieczysława Nowaka, Wilhelma Glajcara czy Józefa Leśniaka, by szybko trafić pod twarde ręce Karela Finka. Równie szybki był awans do reprezentacji Polski juniorów, w tym samym czasie kadrowiczami Władysława Stiasnego (głównego twórcy sukcesu słynnych “Portugalczyków”) byli Włodzimierz Lubański, Zygmunt Maszczyk czy Zygmunt Anczok. Gigoń odnotował w drużynie narodowej siedem występów, szkoda tylko, że pechowo zremisowany mecz z Węgrami (1:1 w Radomiu) zamknął drogę przed finałami Mistrzostw Europy na stadionach Anglii. Z kolei formę satysfakcji stanowiło znalezienie się na łamach popularnego u naszych południowych sąsiadów tygodnika sportowego Stadion, gdzie w podpisie zamieszczonym pod zdjęciem można wyczytać, że w walce o piłkę toczą bój Migas (pomocnik praskiej Dukli) i Gigoń. Chodziło o mecz w Novych Zamkach, gdzie Orliki wygrały 2:0.
Wspomniano powyżej o twardej ręce trenera Finka. Zresztą, generalnie nie było lekko... Na lewej pomocy harował w tamtych czasach rutyniarz Zdzisław Bieniek, Gigoń grał na pawym skrzydle ataku. Gdy po jakimś ataku przeciwników Garbarnia straciła gola z winy Bieńka, Maciek natychmiast usłyszał z ust starszego kolegi: – Co ty gówniarzu myślisz, że będę za ciebie gonił?!
Pucharowy debiut Gigonia w seniorach Garbarni miał miejsce wiosną 1962 roku. Maciek przeżył gorycz porażki z Arkonią Szczecin (2:3), choć wpisał się na listę. Znacznie przyjemniej zapadł w pamięć ligowy mecz z bytomskimi Szombierkami. To właśnie po golu Gigonia (dobił strzał Andrzeja Kucharczyka) twarda górnicza drużyna przegrała 0:1. A jak twarda? – Do końca życia nie zapomnę ich prawego obrońcy Franciszka Filoka. Ciął “równo z trawą”...
Na początku września 1964 roku Garbarnia rozegrała pamiętny mecz z Wisłą, która akurat po raz pierwszy w historii przebywała przez jeden sezon na drugoligowym zesłaniu. To właśnie od gola Gigonia zaczął się pasjonujący mecz, którego epilog dopisał w ostatnich sekundach Gadocha doprowadzając do remisu 3:3. Miało się później okazać, że obydwa nazwiska trzeba będzie rozpatrywać w wojskowym kontekście. Zanim to jednak nastąpiło, ale już po odejściu Gadochy z Ludwinowa, Maciek odegrał znaczącą rolę w meczu dla historii Garbarni wyjątkowym. Wiosną 1966 roku Garbarnia rozgromiła u siebie częstochowski Raków 6:0. Festiwal goli otworzył właśnie Gigoń. Biegnąc z piłką wzdłuż linii pola karnego Maciek tak zakręcił piłką, że ta wpadła w samo okienko bramki gości. Po zdeklasowaniu Rakowa komplementy wobec postawy Brązowych wygłosili znajdujący się na trybunach słynni gracze zabrskiego Górnika, który jako mistrz kraju wizytował po południu stadion Wisły. Ernest Pohl, Włodzimierz Lubański czy Stanisław Oślizło nie mogli mieć wtedy pojęcia, że pół roku później właśnie Garbarnia spowoduje sensacyjną wpadkę zabrzan w Pucharze Polski. W “meczu półwiecza” Garbarnia pokonała na Ludwinowie Górnika 3:2. Gola na 2:2 strzelił Gigoń, a że przed nim wpisał się na listę Jerzy Jasiówka, zaś “postawił kropkę nad i” Jerzy Odsterczyl, cała piłkarska Polska miała na tapecie frapujący temat.
Wróćmy do Gadochy... W momencie rozgrywania meczu z Górnikiem “Józek” był już podopiecznym czeskiego trenera Jaroslava Vejvody, który akurat w tamtym okresie zaczął na Łazienkowskiej w Warszawie budować potęgę Legii. Gadocha trafił do stolicy via Wawel, który był z kolei wyraźnie zainteresowany wcieleniem Gigonia w wojskowe kamasze. Tymczasem Maćkowi ani trochę nie marzyła się kariera rekrucka. Po ukończeniu V Liceum nie złożył wprawdzie papierów na AWF, za to zainteresował się nauką w Technikum Poligraficznym, bo nauka w nim reklamowała od służby wojskowej. W lipcu 1967 roku, choć nie w trakcie poboru, Gigoń jednak otrzymał bilet do wojska, do jednostki w Kłaju. W tym samym czasie przebywał tam w roli poborowego inny zawodnik Garbarni, Czesław Paciorek. Nie było źle, zwłaszcza że sprawujący funkcję pisarza jednostki, późniejszy działacz KOZPN i Gościbii Sułkowice, Tadeusz Błachut, ochoczo wspomagał kolegów lewymi przepustkami. Jednostką w Kłaju dowodził oficer, któremu nijak nie pasowało, że jego żołnierze regularnie przegrywają towarzyskie mecze z Wolnymi Kłaj. Zatem w formie zadania bojowego nakazał Gigoniowi i Paciorkowi wzmocnienie wojskowej drużyny w następnej konfrontacji z Wolnymi. Skutek był porażający, po pięciu golach Gigonia i dwóch Paciorka “zawodowcy” zostali rozgromieni 7:0. Ale w tym akurat meczu Maciek nabawił się kontuzji. Nastąpiło przeniesienie do Wawelu, a za chwilę do rezerwowej drużyny Legii. Trenował ją Andrzej Zientara, filarami zespołu byli Kazimierz Deyna i Henryk Kasperczak. Jak się znaleźć w nowej sytuacji? Maciek do tej pory dziękuje Bogu, że równolegle upominała się wtedy Garbarnia o powrót Gadochy z Legii, na co stołeczni ani myśleli przystać. W końcu znaleziono kompromis: Józek (w Warszawie już Piłat) zostanie w Legii, za to Gigoń otrzyma wyjątkową zgodę na grę w cywilnym klubie. Z początkiem listopada 1967 roku Garbarnia wygrała u siebie ze Startem Łódź 4:2, Maciek mógł świętować błyskawiczny powrót. Pobyt w wojsku trwał około czterech miesięcy, wystarczy...
Latem 1969 roku obiegła Kraków wiadomość, że Gigoń zasila szeregi Cracovii. Motywy? –Zawsze był tylko jeden: chęć gry w ekstraklasie. Bowiem przywiązania do barw w pasy nie czułem nigdy, wie to każde dziecko na Ludwinowie. Cracovia, ówczesny beniaminek w ekstraklasie, nie uchroniła się przed spadkiem. Po rozstaniu z Pasiakami Maciek wyjechał w 1973 roku do Stanów Zjednoczonych – pierwszy raz, choć wcale nie ostatni. Dwa lata później, ale na bardzo krótko, raz jeszcze przywdział koszulkę Garbarni. Nastała pora innej działalności – trenerskiej. W ludwinowskim klubie był asystentem Mieczysława Nowaka, Jerzego Steckiwa i Szymona Mirera. Samodzielne stanowisko szkoleniowca objął za prezesury Stanisława Dudzickiego.
Jerzy Cierpiatka
![]()
Maciej Gigoń w roku 1966